Mamy instrumenty i czekamy na was. Przyjdźcie i zagrajcie. Zabawy i wróżby ANDRZEJKOWE !!! Serdecznie zapraszamy.
Andrzejki w Rektorskiej !!!
Listopad 25, 2011Najlepsza gęsina na świętego Marcina !!!
Listopad 8, 2011ZADUSZKI na JAZZOWO w REKTORSKIEJ !!!
Październik 31, 20111 listopad 2011 r. tylko muzyka MIECZYSŁAWA KOSZA
2 listopad 2011 r. będzie można posłuchać legend jazzu.
SERDECZNIE ZAPRASZAMY !!!
HALLOWEEN WEEKEND w REKTORSKIEJ – SERDECZNIE ZAPRASZAMY !!!
Październik 24, 201129 Festiwal Jazz na Kresach New Cooperation 2011 – Podsumowanie
Wrzesień 13, 2011Dwudziesta dziewiąta odsłona Festiwalu Jazz na Kresach New Cooperation była prawdziwym zaskoczeniem dla publiczności za sprawą etnicznych brzmień i wykorzystania wyjątkowego instrumentarium. Slavonic Tales i SEB Bernatowicz Trio dowiedli, że jazz i rytmy etniczne wschodu mogą ze sobą doskonale współgrać.
Pierwszego dnia Festiwalu (8.07.2011) wystąpił Double Decker. Zespół powstał w 2007 roku a zaczęło się od duetu gitarowego, który stworzyli Jakub Kotynia i Michał Lewartowicz. Na początku było to akustyczne granie standardów jazzowych, które stopniowo przekształcało się w szukanie własnego brzmienia co w końcu doprowadziło do wzmocnienia duetu o sekcję rytmiczną. Zespół miał ponad półroczną przerwę by ponownie się reaktywować. Ich muzyka jest bardzo energetyczna, czasem przepełniona wirtuozerią a czasem ciekawym przestrzennym brzmieniem. Zespół gra przede wszystkim swój autorski materiał który prezentował między innymi na takich festiwalach jazzowych jak Jazzda 2010 oraz Europejskie Integracje Muzyczne zdobywając nagrody oraz wyróżnienia indywidualne dla instrumentalistów. Double Decker wystąpił w składzie: Michał Lewartowicz (gitara elektryczna, syntezator gitarowy), Jakub Kotynia (gitara elektryczna), Michał Wąsik (gitara basowa), Kamil Banach (perkusja).
Łukasz Kot – Jak możecie określić waszą muzykę.
Michał Lewartowicz – Fusion czyli fuzja stylistyki rockowej z jazzem.
Jakub Kotynia – Improwizacja, harmonia jazzowa. Rytmy na pograniczu jazzu i rocka, rockowych gitar. Zahacza to trochę o inne eksperymentalne rzeczy, nieregularne podziały rytmiczne. Po prostu jazz rock z elementami eksperymentu.
ŁK – W czym pomaga wykorzystywany przez was syntezator gitarowy?
JK – Pozwala stworzyć więcej brzmień bardziej przestrzennych. Aczkolwiek nie używamy tego sprzętu przesadnie.
ŁK – Jak dochodzi do tworzenia własnych kompozycji, jak nad nimi pracujecie.
ML – Ktoś przynosi nutki, zapis tematu, podstawę harmoniczną a aranżacja odbywa się wspólnie. Na drodze prób i eksperymentów.
ŁK – Uczestniczycie w przeglądach, konkursach oraz festiwalach muzycznych.
ML – Staraliśmy się. Teraz skupiliśmy się nad nagraniem płyty. Może się nam uda jeszcze w tym roku.
JK – W planach mamy konkursy. Z przyczyn technicznych nie pojedziemy do Kołobrzegu. Natomiast na wcześniejszych konkursach nawet nam nieźle poszło – II i III miejsce oraz nagroda indywidualna dla Michała na Europejskich Integracjach Muzycznych.
ŁK – Wiem, że występujecie także w innych składach. Michał ty grasz np. w ,,Ociepleniu globalnym”.
ML – Jest to trochę inny rodzaj muzyki ale można to zakwalifikować jako granie jazzowe. Nawet w ostatnim czasie w muzykę irlandzką wszedłem ale to już zupełnie inny klimat. Ale raczej nie ma nic bardziej skomplikowanego niż jazz. Po ogarnięciu podstaw jazzowych można sobie poradzić w różnych stylistykach.
JK – To jest ważne żeby grać w różnych składach. Dlatego, że gitara jako instrument powinna mieć zastosowanie w różnych stylistykach. Dzisiaj muzyk nie może grać tylko na gitarze akustycznej czy klasycznej musi radzić sobie w muzyce rockowej czy irlandzkiej. Zawodowy muzyk powinien w każdej muzyce umieć się znaleźć. Ale też mieć swoją specjalizację. Ja osobiście gram z żoną w takim bardziej mainstreamowym składzie taki gipsy swing, rnb czy covery lat 60 i 70. Natomiast w Marek Tarnowski Quintet gramy tanga Piazzoli. Te nasze projekty wynikają z potrzeby rozwijania się nie tylko na gruncie jazzowym.
ŁK – Jak czujecie się przed zamojską publicznością?
ML – Bardzo dobrze. Przyjemnie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy i ponownie zagramy.
JK – Pomijając warunki pogodowe. Dobrze, że wyszło słońce. Był bardzo dobry klimat. Fajnie jest przecierać nowe szlaki. Mam nadzieję, że wszystkim się podobało i że będą nas chcieli jeszcze kiedyś posłuchać.
Jako drugi wystąpił Night Session Trio. Muzycy to studenci wydziału Jazzu i Muzyki Współczesnej Akademii Muzycznej w Krakowie. Wystąpili po raz pierwszy w tym składzie: Tomasz Białowolski (piano), Wojciech Szwugier (kontrabas) i Piotr Skrzyński (perkusja).
Drugi dzień festiwalowy był pod znakiem jazzu w połączeniu z elementami muzyki etnicznej wschodu. Na scenie mogliśmy usłyszeć takich muzyków jak Piotr Domagała, Sebastian Bernatowicz czy Adam Kawończyk.
Slavonic Tales to nie tylko wyjątkowa muzyka ale również wyjątkowy skład osobowy. Na scenie królowała gitara elektryczna Piotra Domagały, trąbka oraz kalimba Adama Kawończyka i perkusjonalia z całego świata Mirosława Hadego (w zastępstwie Sławomira Bernego). W czasie koncertu usłyszeliśmy autorskie kompozycje Piotra Domagały. Była to doskonała uczta jazzowych brzmień i rytmów w połączeniu z ze słowiańską melodyjnością. Zespół wydał płytę w 2009 r. pt. Slavonik Tales.
Łukasz Kot – Publiczność był bardzo zadowolona z waszego występu.
Piotr Domagała: Publiczność zawsze wie czy jest dobrze czy też źle i nie ma znaczenia w jakim kraju ta publiczność jest. Nie ma też znaczenia czy są to ludzie starsi czy młodsi. Czy gramy na zewnątrz tak jak dzisiaj czy jak w sezonie w klubach. To wszystko opiera się na prawidłach uniwersalnych. Jeśli ja czuję, że to co pokazuję wypływa ze mnie i to jest zamierzone to publiczność też o tym wie i zawsze jest zadowolona.
ŁK – W tym lepszym wyrażeniu siebie i swojej muzyki jest pomocne wyjątkowe instrumentarium.
PD – Adam Kawończyk szerszej publiczności jest znany jako wybitny trębacz. Jego kariera jest stricte związana z tym instrumentem. Natomiast kiedy się spotkaliśmy i zaczęliśmy rozmawiać o muzyce okazało się, że mamy podobne upodobania do szukania różnych brzmień. Adam własnoręcznie wykonał niektóre z tych instrumentów na których dzisiaj grał. Specjalnie do projektu Slavonic Tales. Widząc instrumenty, które on przedstawił napisałem specjalne utwory do nich i w ten sposób staraliśmy się komponować program. Do tego dobraliśmy Sławka Bernego (podczas festiwalu zastąpił go Mirosław Hady) który to w piękny sposób ubarwił instrumentami perkusyjnymi z całego świata. Brzmią tam bębny irańskie, table hinduskie, specjalne dzwonki, talerze tureckie, krotale. Użyliśmy chyba 22 instrumentów na płycie. Szukaliśmy tych ,,kolorów” ale to głównie kwestia pewnej otwartości na barwę i poszukiwania pewnych inspiracji.
ŁK – Adam Kawończyk wykonywał jeden utwór na kalimbie.
PD – To pochodzący z Afryki instrument składający się z blaszek metalowych, które wzbudzamy kciukiem. Ta oryginalna kalimba jest strojona w obrębie pentatoniki czyli pięciu podstawowych dźwięków. Adam skonstruował kalimbę która jest w stanie wydobyć trzy akordy. Jest to można powiedzieć kalimba-fortepian ponieważ pozwala na realizację harmonii utworu który jest na zwykłej kalimbie nie do wykonania. Ta jego jest unikatem i zawsze budzi sensację kiedy pojawia się na scenie.
ŁK – Czy dla was jest różnicą gra w lokalu czy też na powietrzu.
PD – Jest różnica akustyki i energii która się tworzy. Inaczej jest w klubie a inaczej w sali koncertowej. Każde z tych miejsc oferuje pewne elementy, które uwodzą w danym miejscu. Dzisiaj publiczność zgromadzona była przed sceną ale była również przypadkowa w innych miejsca która krążyła wokół i zatrzymywała się. To są sytuacje będące sprawdzianem jak muzyka potrafi zmagnetyzować ludzi. Często widzimy ten magnez po tych osobach, które przechodzą, przystają, słuchają, biją brawa, angażują się. Dla nas jest to sygnał jak ta muzyka działa. Okazuje się, że osoby nie związane z nią coś dla siebie mogą wziąć.
ŁK – Często bywacie w Zamościu? Często tutaj przyjeżdżacie?
PD – Chyba już trzeci raz mam okazję być tutaj dzięki Grzegorzowi Obstowi który w sposób wyjątkowy na skalę całej Polski jest skłonny zmobilizować ludzi i środki. Jest osobą, która animuje to życie kulturalne, jazzowe. Trzy lata temu byłem z Szy-Szy Kaan i graliśmy również na festiwalu. Osobiście bardzo się cieszę, że mogę przyjechać i dzielić się tą muzyką, którą tworzę, że mogę puścić ją gdzieś w obieg. A na tym świeżym powietrzu ona się pięknie rozchodzi. Muszę przyznać, że trąbka rozbrzmiewająca na rynku to jest coś wyjątkowego. Dużą satysfakcję odczuwam kiedy ta muzyka spaja się z architekturą. Zamość ma tradycje kilkusetletnią i sama koncepcja miasta idealnego jest unikalna na skalę europejską. Cieszę się, że mam w tym udział.
ŁK – Kiedy zrodziła się miłość do gitary
PD – Dziś przywiozłem ze sobą gitarę Flaxwood. To jest nowatorska gitara elektryczna zbudowana przez Finów na bazie materiału o nazwie flaxwood. Taki troszkę eksperyment muzykalny. Oprócz tego na scenie pojawiła się gitara akustyczna i dwunastostrunowa. Kiedyś wziąłem gitarę do ręki i zacząłem grać i odniosłem wrażenie, że mnie to interesuje i może zainteresować słuchaczy i przez te 15 czy 20 lat tak jest.
ŁK – Nadal promujecie płytę ,,Slavonic Tales”?
PD – Myślę żeby rozwinąć projekt i zrobić następny krok. Nowa płyta jeszcze się nie wykrystalizowała. Jest idea muzyczna, przewodnia ale w którym kierunku ma to wszystko skręcić? Chciałbym utrzymać te główne założenia: szacunek dla naszej tradycji, szukanie brzmień czasem pomijanych, zapomnianych i dużo gitarowego grania czyli coś co mnie samego najbardziej inspiruje. W ciągu roku uporamy się żeby opracować materiał na nową płytę i nadać temu projektowi nowy impuls. Oprócz tego trio funkcjonuję w kilku innych projektach. Zespół Szy-Szy Kaan przejdzie zmianę instrumentarium w stronę muzyki fortepianowej. Chciałbym w projekcie ,,Slavonik Tales” zachować pewien klimat opowieści muzycznej. Słuchając tego wiemy, że muzyk nas gdzieś prowadzi. Coś nam pokazuje. Mam nadzieję, że to jest siła tego projektu.
Adam Kawończyk to jeden z czołowych trębaczy jazzowych w Polsce. Zadebiutował w 1975 roku na festiwalu Jazz nad Odrą gdzie zdobył nagrodę jako instrumentalista. Współpracował z wieloma muzykami i zespołami jazzowymi: Extra Ball, Made In Poland Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Sami Swoi, Janusz Muniak, Krzysztof Ścierański, Marek Bałata, Jan Kanty Pawluśkiewicz. Nagrywał muzykę teatralną i filmową m.in. Zbigniewa Preisnera. Występował na wielu europejskich festiwalach jazzowych. Jest cenionym kompozytorem i aranżerem. Angażowany jako muzyk studyjny. Napisał muzykę do filmu ,,Sprzedawca marzeń”. Wykonał muzykę do takich filmów jak Az Utolso Blues (trąbka), Córy Szczęścia (flugerhorn), Sława i chwała (skrzydłówka). Jest laureatem prestiżowych nagród. Aktualnie gra z Dominikiem Wanią (fortepian), Maciejem Adamczakiem (kontrabas) i Arkiem Skolikiem (perkusja) jako Adam Kawończyk Quartet. Miłośnik Milesa Davisa.
Łukasz Kot – To nie pierwszy pana koncert w Zamościu.
Adam Kawończyk – To jest szczególne miasto i szczególne miejsce Klub Kosz. Można powiedzieć, że moja kariera muzyczna, jazzowa była bardzo mocno związana z Zamościem i z Koszem. W latach 80-tych wielokrotnie byliśmy tutaj zapraszani przez Grzegorza Obsta i mam z tym miejscem wiele miłych wspomnień.
ŁK – Dziś zaprezentował pan grę nie tylko na trąbce ale także na kalimbie.
AK – Staram się rozszerzać swoją paletę barw i moje zainteresowania muzyczne są dość szerokie. Kocham trąbkę i to jest mój wiodący instrument ale zdarza się, że wykorzystuję inne instrumenty perkusyjne w tym wypadku była to kalimba i fletnia, którą zainteresowałem się po powrocie z Ameryki Południowej. Te instrumenty wpasowały się w płytę, którą nagraliśmy z Piotrkiem Domagałą pt. Slavonik Tales. Mam też inne pomysły co do instrumentów, które będę wykorzystywał w swoich zespołach a będzie to prawdopodobnie cytra i może jakiś mały akordeon. W każdym razie zawsze na koncercie oprócz trąbki gram na innym instrumencie.
ŁK – Jest pan określany ikoną polskiego jazzu i instrumentu jakim jest trąbka. Jak pan się czuje w takiej roli?
AK – Jest to przede wszystkim obciążające jeśli ktoś mi mówi, że jestem ikoną czy jakimś symbolem. Płynie we mnie młody duch i nie chowam instrumentów tylko cały czas pracuję. Dla mnie jazz stał się receptą i sposobem na życie i powiedziałem sobie, że skoro tak już wybrałem to będę poświęcał czas na ten instrument. On mi daje radość i pasje. Po za tym we mnie są dwa światy. Ja mam w sobie coś starego i coś młodego. I tak podchodzę do instrumentu. Z jednej strony kocham tą klasyczną trąbkę w normalnym klasycznym brzmieniu do jakiego nas świat przyzwyczaił. Taką trąbkę jaką słyszymy w filharmonii, w salach koncertowych i to brzmienie przenoszę na grunt jazzowy. Pewien polski znany muzyk też ikona jeszcze większa niż ja powiedział, że byłem ,,pierwszym trębaczem w Polsce, który zaczął grać jazz na trąbce ładnym dźwiękiem”.
ŁK – Pytany o kondycję i witalność przez kolegów powiedział pan, że to dzięki dwustu pompkom codziennie.
AK – To jest prawda. Czasami sobie odpuszczam ale tylko wtedy kiedy nie mam koncertów. Uważam, że w zdrowym ciele zdrowy duch. Starajmy się tego ducha w nas odnajdywać i pielęgnować żeby nie dopuścić do tego, że coś w nas wygasa.
Sebastian Bernatowicz - pianista, klawiszowiec, kompozytor, aranżer. Absolwent krakowskiej Akademii Muzycznej. Lider grupy Seb Bernatowicz Trio, założyciel fusion-jazzowej grupy Eastcome oraz od 1993 r. członek formacji Little Egoists. Współpracował z Januszem Muniakiem, Grażyną Auguścik, Urszulą Dudziak i wieloma innymi. Były kierownik muzyczny Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. Producent płyt m.in. Renaty Przemyk pt. Odjazd. ,,Tańce Wschodnie” to nowa autorska płyta SBT. Zespół występuje w składzie: Sebastian Bernatowicz (instrumenty klawiszowe), Jacek Fedkowicz (gitara basowa), Wojtek Fedkowicz (perkusja).
ŁK – Jak się pan czuje po raz kolejny w Zamościu?
Sebastian Bernatowicz – Przygoda z Zamościem jest długotrwała. Kilka razy graliśmy tutaj z różnymi składami i kilka razy nocowaliśmy w tym samym hotelu Renesans. Zamość mam w duszy i pamięci. Zawsze bardzo fajna, wyrobiona publiczność i miłe przyjęcie. Dziękuję Grzegorzowi Obstowi za to, że chce mu się organizować te koncerty. Kiedyś graliśmy w Klubie Jazzowym im. Mieczysława Kosza a ostatnio byłem na benefisie pana Jana ,,Ptaszyna” Wróblewskiego. Mieliśmy okazję zagrać z Markiem Stryszowskim na Rynku Wielkim.
ŁK – Czym się charakteryzuje wasza formacja bo jak rozumiem każda nowa jest krokiem do przodu w rozwoju muzycznym.
SB – To trio jest jednym z kolejnych zespołów którym przewodzę. Promujemy płytę ,,Tańce wschodnie”. Ta melodyka, muzyka oparta na wschodzie: Zamościu, Przemysłu z którego pochodzę, Samborze, Truskawcu. Oparta jest na folklorze ukraińskim, żydowskim, zamojskim, przemyskim. Połączona wspólnym tematem jakim jest jazz. Są to po prostu improwizowania na motywach pieśni pochodzących z tej krainy.
ŁK – Czy to się wzięło z fascynacji kresami?
SB – Tak. Co prawda urodziłem się we Wrocławiu ale Przemyśl to moje miasto rodzinne. Gdy dorastałem słyszałem piosenki ukraińskie, które śpiewała moja babcia. Z tego wyrosłem.
ŁK – Jest pan założycielem grupy Eastcome. Czym ona się różni od SBT.
SB – Eastcome cały czas istnieje. Działa z większymi lub mniejszymi przerwami. Łączy naturę afrykańską bo do pracy zapraszamy afrykańską sekcję (basistę i perkusistę) z motywami folkloru wschodniego. W tym zespole pięcioosobowym jest dużo więcej syntezatorów i jest saksofon. Różnica jest taka, że ta muzyka którą prezentujemy z SBT jest bardziej kameralna. Trochę wyciszona a Eastcome ma szerokie brzmienie.
ŁK – Współpracował pan m.in. z Januszem Muniakiem, Grażyną Auguśck i Urszulą Dudziak.
SB – Tak, faktycznie z wieloma ludźmi już grałem. Dwadzieścia lat pracuję z Markiem Stryszowskim i z nim najlepiej ta współpraca się układa. Nawet niedawno graliśmy na festiwalu w Piwnicy pod Baranami.
ŁK – Czy miewa pan takie osobistości muzyczne, które stawia sobie za wzór czy też pan jest już wzorem dla młodych muzyków.
SB – Powiem szczerze, że najbardziej lubię kino. Muzykę to nie za bardzo. Był w Krakowie Chick Corea a ja poszedłem do kina na ,,Piratów z Karaibów”. Filmy lubię, tym się inspiruję. Muzyka jest mała w stosunku do filmu. Ale mam swoich idoli: Patch Metheny, Miles Davis lat osiemdziesiątych, Joe Zawinul, Police – to są moje fascynacje.
ŁK – Miał pan okazję do napisania muzyki do jakiegoś filmu?
SB – W marcu zrobiłem musical ,,Mały Lord” w operze krakowskiej. Trudno zakupić bilety. Wspaniałe recenzje. To jest pierwszy hit opery krakowskiej na dużej scenie. Muzykę robił Steven Markwick a ja robiłem orkiestrację. Jestem z tego bardzo dumny no bo wyszło wspaniale.
ŁK – Gdyby ktoś zaproponował panu napisanie muzyki da jakiegoś filmu. Nie zastanawiałby się pan.
SB – Absolutnie tak. Zresztą popełniłem już muzykę do alternatywnego filmu.
ŁK – Komedia, tragedia, thiller.
SB – Melodramat. Film o miłości bo miłość to najpiękniejsze uczucie.
ŁK – Był pan wieloletnim kierownikiem muzycznym Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. Jak pan go wspomina?
SB – Trzy lata z rzędu to robiłem. Dzięki znajomości z panem Januszem Grzywaczem, który był tam też wieloletnim kierownikiem muzycznym miałem zaszczyt prowadzić wielokrotnie orkiestry. Robiłem koncert Renaty Przemyk, Macieja Maleńczuka, Lecha Janerki, Mariana Opani i wielu innych. Jestem dumny, że miałem okazję ich poznać. Zwłaszcza Mariana Opanię.
Dopełnieniem 29 Festiwalu ,,Jazz na Kresach” New Cooperation była wystawa zdjęć Tadeusza Mierzwy i Stanisława Orłowskiego pt. ,,Wokół muzyki” zaprezentowana w Galerii Fotografii ,,Ratusz” z okazji 50-lecia Zamojskiego Towarzystwa Fotograficznego. Fotoreportaż z tegorocznej edycji festiwalu przygotował Łukasz Halczak z pracowni ZOOM FOTO dostępny na halczak.pl, kosz.zam.pl oraz rektorska.pl Wyjątkowym gościem Festiwalu był przebywający przejazdem w Zamościu Jacek Wójcicki aktor i śpiewak, który uczestniczył w I Spotkaniach Wokalistów Jazzowych w 1984 r. wraz z zespołem In Tune. Brał udział w warsztatach jazzowych w Wojewódzkim Domu Kultury.
Organizatorem Festiwalu JnK jest Stowarzyszenie Zamojski Klub Jazzowy im Mieczysława Kosza w Zamościu. Sponsorami Festiwalu są Urząd Marszałkowski Województwa Lubelskiego i Urząd Miasta Zamość. Patronat medialny sprawują: roztocze.net, Audycja ,,Tylko Jazz” w Katolickim Radio Zamość i zamosconline.pl. Patronat honorowy nad festiwalem objął Marcin Zamoyski prezydent miasta Zamość. Festiwal poprowadził Łukasz Kot.
Tekst: Łukasz Kot
29. Festiwal „Jazz na Kresach” Zamość 2011 – Podsumowanie
Wrzesień 13, 2011W dniach 27 i 28 maja br. odbył się 29 Festiwal Jazz na Kresach. Pierwszego dnia na Rynku Wielkim wystąpił kwartet Ocieplenie Globalne następnie w Jazz Klub Kosz (Brama Szczebrzeska) Jazz Band Ball Orchestra oraz Eryk Kulm Quintet. Kolejnego dnia mogliśmy usłyszeć na scenie Rynku Wielkiego Leliwa Jazz Band a następnie w klubie jazzowym Ocieplenie Globalne, Trio RGG i Jana Ptaszyna Wróblewskiego. Organizatorem Festiwalu JnK jest Stowarzyszenie Zamojski Klub Jazzowy im Mieczysława Kosza w Zamościu.
Ostatnimi czasy w mediach zapanowała moda na nadużywanie stwierdzenia ,,globalne ocieplenie”. Nie ma zresztą czemu się dziwić wystarczy posłuchać telewizyjnej prognozy pogody. Ale ,,ocieplenie globalne” to nie tylko zjawisko przyrodnicze to także zjawisko muzyczne.
Oryginalne brzmienie i instrumentarium, własny repertuar i styl. Oprócz swoich autorskich kompozycji nie unikają gry standardów jazzowych. W bieżącym roku uświetnili m.in. Galę plebiscytu na Zamojską Osobowości Roku Morando 2010. Quartet ”Ocieplenie Globalne” występuje w składzie: Piotr Wrona – akordeon, piano, Tomasz Olejnicki – gitara basowa, Michał Lewartowicz – gitara i Kamil Banach – perkusja
Łukasz Kot – Nagraliście autorską płytę pod takim samym tytułem jak nazwa zespołu.
Piotr Wrona – Jest to płyta składająca się głównie z moich kompozycji po za jednym utworem który nosi tytuł ,,Bogurodzica” ale też w mojej aranżacji. Uważam, że ta muzyka jest oddana temu klimatowi, który tworzymy od początku naszego wspólnego grania. Jest to muzyka improwizowana, ilustracyjna, która powstała na bazie doświadczeń życiowych. Aktualnie jest osiem kawałków, które są w tym samym klimacie aczkolwiek można rozróżnić między nimi jakieś niuanse. To jest muzyka, którą kochamy i chcemy wykonywać.
Ł.K – Kiedyś trio dziś już kwartet.
P.W – Doszliśmy do wniosku, że przydałoby nam się coś rozwojowego. Muzyka powstała z rytmu i uznaliśmy, że elementy rytmiczne pomogą nam w wyrażeniu naszego ,,słowa muzycznego”. Znaleźliśmy perkusistę.
Ł.K – Jak jest odbierana wasza muzyka ?
P.W – Mam kolegów z którymi studiowałem w Katowicach a dziś mieszkają w różnych zakątkach Polski. Muzyka podoba się w Warszawie, Katowicach, Krakowie. Jestem optymistą i wiem że płyta znajdzie swoich odbiorców.
Ł.K – Wykonujecie standardy jazzowe oraz własne kompozycje.
P.W – Tak. Nasze utwory doskonale słucha się w plenerze jak i klubie jazzowy. Nadają się na dużą i małą scenę. Pasują do różnych imprez. Zamość jest bardzo przychylny dla Ocieplenia Globalnego. Bardzo dobrze tu się czujemy i jest zawsze super atmosfera.
Na początku lat sześćdziesiątych studenci krakowskiej Wyższej Szkoły Muzycznej założyli zespół pod nazwą Jazz Band Ball Orchestra. Od tamtego momentu zespół nieprzerwanie koncertuje w Europie i w Ameryce. Uczestniczył w największym na świecie festiwal jazzu tradycyjnego Sacramento Jazz Jubilee. Skład zespołu to: Jan Kudyk – tp., vocal, Marek Michalak – tb., Jacek Mazur – ts., cl., Wojtek Groborz – p., Teofil Lisiecki – b. i Wiesław Jamioł – dr.
Łukasz Kot – Pierwszy koncert festiwalowy JBBO w nowej siedzibie Jazz Klub Kosz w Bramie Szczebrzeskiej.
Jan Kudyk – Publiczność była bardzo miła i sympatyczna. W dawnym klubie koncerty odbywały się w podziemiach tutaj gramy na powierzchni na wysokości pierwszego piętra. W garderobach wiszą portrety słynnych muzyków polskich i zagranicznych. Jest to bardzo elegancki klub. Tu czujemy się jak w domu. Mieszkamy w Hotelu Renesans w którym to niegdyś z Lorą Szafran i z wieloma innymi osobami ze świata jazzu mieszkaliśmy wielokrotnie. Miło się nam tam mieszka.
Ł.K – Tym razem nie zabraliście ze sobą żadnej wokalistki.
J.K – To czy ktoś z nami koncertuje, zaśpiewa zależy od finansów. Mamy parę koncertów w Polsce z wokalistkami ze Stanów Zjednoczonych ale to są duże koszty. My i tak to jesteśmy stosunkowo tanim zespołem w porównaniu z Dodą czy Budką Suflera ale i te nasze wokalistki kosztują i to jest dla niektórych organizatorów problem.
Ł.K – Nagraliście niedawno nowa płytę.
J.K – Zagraliśmy z niej kilka kawałków na dzisiejszym koncercie m.in. temat z filmu ,,Czarny Orfeusz”. W najbliższym czasie będziemy obchodzić jubileusz i będziemy organizować koncert w Krakowie. Zaprosimy tak znanych gości jak chociażby Karolak, Śmietana i innych. Tam zagramy koncert, który też będzie nagrany ale to już w ramach pięćdziesięciolecia muzykowania.
Ł.K – Muzyka cały czas panów bawi. Humor wybrzmiewa z tego co robicie.
J.K – Na muzyków działają ładne dziewczyny, kobiet. Przynajmniej na mnie i człowiek się stara żeby ładnie wypaść. Mimo, że mamy swoje lata to jednak to mobilizuje żeby się ruszać, być sprawnym i energicznie działać na estradzie.
Ł.K – Miałem okazję rozmawiać z pana synem założycielem grupy ,,New Bone”. Jego filozofia muzyczna jest podobna do pana filozofii muzycznej ?
J.K – Znam tą muzykę ale nie możemy jej grać ponieważ nasz zespół nie zarobiłby na niej. Musi zarabiać na bardziej zrozumiałej, prostej. Muzyce dla ludzi. A to, że syn docenia moje rady to mnie cieszy. Ja mu dawałem tylko techniczne uwagi. Nigdy nie kierowałem jego zainteresowaniami. Skupialiśmy się na warsztatowej grze na trąbce.
Ł.K – Jazz to hobby ?
J.K – To jest zawód. Jeżeli ktoś daje duże pieniądze to się gra tam gdzie każe. Ambicje można sobie schować. Jest paru muzyków w Polsce, którzy sztucznie hamują to podejście ale opierają się tylko po to by podwyższyć stawki.
Ł.K – Czego mogę życzyć z okazji jubileuszu ?
J.K – Żebyśmy się w tej formie trzymali jak najdłużej i żebyśmy nadal grali. A mamy koncerty w Niemczech i w Polsce. I to nas cieszy. Czasem z wokalistkami polskimi i czasem z zagranicznymi. Życzę sobie i wszystkim mieszkańcom Zamościa zdrowia.
Eryk Kulm to wybitny perkusista wyrosły ze środowiska gdańskich jazzmenów. Na ogólnopolskiej scenie jazzowej pojawił się w 1974 roku, a już w następnym roku wyjechał do kolebki jazzu – USA. Tam kształcił się oraz szlifował swe umiejętności muzyczne.
Po 15 latach wrócił do kraju i z miejsca zasilił zespół Zbyszka Namysłowskiego. Po kilkunastu miesiącach sam powołał grupę, której nazwa przylgnie na zawsze do jego nazwiska -”QUINTESSENCE”. W 1992 roku Eryk Kulm został uznany najlepszym polskim perkusistą jazzowym. Eryk Kulm Quintet wystąpił w składzie: Robert Majewski (trąbka), Mariusz Kaletka (saxofon), Cezary Paciorek (piano i akordeon), Andrzej Zielak (bas) oraz Eryk Kulm (perkusja).
Łukasz Kot – Czy powroty do Zamościa są miłe, czy z chęcią wraca Pan do „Kosza” ?
Eryk Kulm – No tak, Zamość to tradycje jazzowe, od wielu lat Grzesiek Obst cudownie organizuje wszelkiego rodzaju festiwale, tutaj zawsze się świetnie gra. Jestem tu już po raz nie wiem który, ale zawsze jest tu fajnie.
Ł.K – Chciałbym zadać takie, może banalne trochę, skąd się wzięła chęć gry na perkusji? Dlaczego właśnie ten instrument ?
E.K – To od dziecka tak. Gdzieś tak zaczynałem śpiewać jako chłopiec czteroletni, a później perkusja stała się moim nadrzędnym celem w życiu. I jako młody człowiek grałem wszystko, była epoka „bitelsów”, „stonsów”, „zeppelinów” itd. Aż do czasu, gdy brat zabrał mnie do klubu jazzowego słynnego w Sopocie, który prowadziła wdowa po Krzysiu Komedzie, no i usłyszałem tam ten wspaniały jazz, wspaniałych muzyków. Wyszedłem z klubu i powiedziałem, to ja będę grał jazz. No i tak już zostało.
Ł.K – Swój warsztat doskonalił Pan w kolebce jazzu w Stanach Zjednoczonych. Czy zauważył Pan różnice w nauce gry jazzu w Ameryce i w Polsce?
E.K – Nie wiem, przyznam, że tam są świetne uczelnie, ale i u nas są świetnie uczelnie. To wszystko zależy od metod nauczania, choć w zasadzie nawet nie metod, bo one są przecież bardzo podobne. Dzisiaj świat porozumiewa się przez Internet i nic nie jest sekretem, więc to czego i jak się uczy w Berklee w Bostonie czy A&M w Texasie jest bardzo zbliżone do tego co się robi w wielu polskich uczelniach muzycznych, np. w Katowicach, ale nie tylko, bo w Polsce powstało wiele dobrych szkół uczących jazzu. Więc tu nie chodzi o sposób, a bardziej o takie wewnętrzne zainteresowanie, jakby taką motywację, bo studentów jest mnóstwo na całym świecie, ale tylko ci osiągną sukces co idą studiować wiedząc, że to jest to co będą robili do końca życia i poświęcają temu większość swojego czasu. Potem się mówi, że on gra tak bo wyszedł z takiej czy innej uczelni. Nie, on gra tak świetnie, bo spędza 10 godzin dziennie z instrumentem. Tak że nie widzę tutaj większej różnicy między polskimi a amerykańskimi uczelniami.
Ł.K – Jak udało się Panu nakłonić do współpracy wielu wyśmienitych muzyków, że wymienię kilku Henryk Miśkiewicz, Leszek Możdżer, Piotr Wojtasik, Wojciech Karolak i wielu wielu innych. To oni zabiegają o to żeby z Panem grać, czy to Pan zabiega o nich?
E.K – Oczywiście że to jest mój pomysł, mam tam w głowie jakieś dźwięki, chciałbym żeby zespół brzmiał tak a nie inaczej i wybieram muzyków, którzy są w podobnym miejscu zainteresowań. Poza tym, zawsze się starałem żeby te zespoły były zespołami stałymi, bo tak jak dobre wino wszystko dojrzewa z czasem, i zespół który jest stały, dobrze ograny z repertuarem brzmi na pewno lepiej, niż zlepek muzyków, z którymi się nigdy nie grało. Myśmy się z tymi muzykami znali, graliśmy w różnych zespołach, aż w końcu przyszedł czas, że oni byli zainteresowani graniem ze mną, a ja byłem zainteresowany graniem z nimi. Wszystko było na zasadzie wspólnej akceptacji.
Ł.K – Kwintesencja jazzu, gdzie ona jest? Czy w każdym koncercie jazzowym jej się dotyka, czegoś takiego wyjątkowego, magicznego, czy to się udaje tylko w niektórych koncertach?
E.K – Każdy koncert jest jedyny w swoim rodzaju, i zawsze jak człowiek wyjdzie na scenę, to chce żeby to brzmiało dobrze. To jest generalne założenie. Kwintesencja jazzu- to musi swingować, to musi mieć w sobie bluesa, to musi mieć w sobie improwizacje, tak sobie wymyśliłem kiedyś i jestem temu wierny do dzisiaj.
Ł.K – Jak Pan ocenia młodych muzyków, którzy grają z panem. Czy współpracując z nimi stara się Pan też kształtować ich charaktery, ułatwiać im drogę muzyczną?
E.K – Niekoniecznie, ja jestem w pewnym sensie egoistą, po prostu zapraszam muzyków do współpracy takich, którzy mi się podobają, mając nadzieję, że to co będziemy wspólnie grali będzie fajne. Ja nie chcę nikogo edukować, ja nie jestem po to. Chcę sobie robić przyjemności, tzn. grać i cieszyć się każdym koncertem, cieszyć się graniem i po koncercie spokojnie wypić piwo i powiedzieć fajnie było, do następnego razu. Nie mam zapędów żeby kogoś wychowywać, każdy z muzyków ma swoją drogę, każdy ma to coś, bardzo intymnego, indywidualnego, jeśli poświeci muzyce wystarczająco dużo czasu to powinno być fajnie.
Ł.K – Ale chyba jest też tak, że każdy młody muzyk szuka swojego mistrza? Czy czuje się Pan czasem takim mistrzem dla innych?
E.K – Nigdy nie czułem się mistrzem. Uczę się każdego dnia i każdego dnia staram się doskonalić. Jest mnóstwo do zrobienia. Pokazały to stare nagrania wspaniałych mistrzów, do których nawet nie śmiałbym się porównywać. Po prostu gram mając nadzieję, że z każdym dniem będę grał lepiej.
Ł.K – A swojego mistrza Pan ma?
E.K – Tego jednego jedynego nie. Jest tylu wspaniałych muzyków w historii jazzu i od każdego z nich się czegoś uczę. Ale nie mam takiego, którego chciałbym naśladować i uważać go za swojego mistrza.
Ł.K – Czy dzisiejsze czasy są dobre dla jazzu? W mediach trudno jest znaleźć tego typu muzykę.
E.K – Można się wysilać a i tak w telewizji czy w radiu się jazzu nie znajdzie. To jest bardzo trudna sytuacja, bo mówi się o kłopotach, o finansowych dołach, a tak naprawdę ludzie którzy dostają w kość w takich sytuacjach to są zawsze ludzie sztuki, malarze, aktorzy rzeźbiarze, muzycy, poeci, pisarze… Skoro nie ma sponsorów, media nie są zainteresowane promowaniem jazzu, jest nam strasznie trudno i jest to zamknięte koło. My możemy grać, starać się żeby brzmiało to jak najlepiej i doskonalić swój fach, ale bez pomocy mediów będzie nam trudno.
Ł.K – Niektórzy twierdza, że dobra muzyka sama się obroni…
E.K – Nie, sama na pewno się nie obroni. To nie jest tak, wszyscy potrzebują promocji, sponsorów. Jeśli dla jazzu drzwi w radiu i telewizji są zamknięte, to jest to taka przeszkoda, której sami nie potrafimy przeskoczyć.
Ł.K – Życząc lepszych czasów dla jazzu dziękuję za rozmowę.
E.K – Dziękuję.
Drugi dzień 29 Festiwalu Jazz na Kresach odbywał się pod dyktando jazzu tradycyjnego w wykonaniu Leliwa Jazz Band oraz autorskich kompozycjami Trio RGG przy współudziale Jana ,,Ptaszyna” Wróblewskiego.
Historia tego zespołu sięga 1978 roku, kiedy to w nie istniejącym już dzisiaj klubie Zachęta powstał zespół pod nazwą Ragtime Kapela, założony przez grającego na banjo Edwarda Wnęka. W 1989 roku zespół po raz pierwszy wziął udział w konkursie ,,Złotej Tarki” kwalifikując się do finałowej ,,piątki” w międzynarodowej obsadzie, co odnotowano jako duży sukces. Następne lata przyniosły wypracowanie własnego odcienia stylistycznego. Ważnym urozmaiceniem repertuarowym są utwory z okresu wczesnego swingu, a także opracowania światowych szlagierów wokalnych. Leliwa Jazz Band bo o nim mowa z powodzeniem uczestniczył w wielu festiwalach gdzie uzyskiwał wyróżnienia. Zdobył m.in. Nagrodę Główną „Złota Tarka 2005″. LJB często występuje na estradach festiwalowych w Polsce i zagranicą. Zaszczytnym wyróżnieniem było wytypowanie zespołu do reprezentowania polskiego jazzu tradycyjnego na ,,Euro Jazz Festivalu – 2006” w Paryżu. Lewliwa Jazz Band występuje w składzie: Edward Wnęk (gra na banjo, aranżuje i koordynuje pracę zespołu), Kazimierz Król (gra na klarnecie), Józef Partyka (gra na puzonie), Stanisław Stańczyk (gra na trąbce), Kazimierz Partyka (gra na saksofonach tenor i alt oraz akompaniuje na pianinie), Roman Starzec (gra na kontrabasie i zastępuje perkusję na tarce), Roman Bartnicki (gra na perkusji, suzafonie oraz akompaniuje na pianinie).
Łukasz Kot – Od jak dawna kieruje Pan zespołem?
Edward Wnęk – Prowadzę ten zespół od 1978 roku. Mówimy oczywiście o zespole Leliwa Jazz Band To już trochę czasu minęło, proszę powiedzieć jak zespół się zmieniał na przestrzeni tych lat. Początkowo był to kwartet ragtime’owy z instrumentami: piano, banjo, tuba i perkusja. Później stopniowo to się rozrastało. Doszły skrzypce, flet. Później trąbka, klarnet, puzon. I taki 9-osobowy zespół wystąpił w 1989 roku na Złotej Tarce, gdzie zdobyliśmy dobrą pozycję, bo w międzynarodowym składzie zakwalifikowaliśmy się do finału. Później zawiesiliśmy trochę tę działalność ragtime’ową, bo jak jest już trąbka, klarnet i puzon, to chce się grać dixieland. Już przez kilka lat właściwie graliśmy równolegle ten dixieland i ta opcja ostatecznie zwyciężyła. Ale ostatnio wracamy również do ragtime’u. Znowu mamy tubę w zespole, a więc możemy grać ragtime całkiem podobnie stylistycznie do tego, jaki graliśmy wcześniej. Tamta opcja była bardziej happy jazzowa, teraz jest to brzmienie troszkę mocniejsze, bo dawniej mieliśmy skrzypce i flet, to brzmiało miękko. W tej chwili mamy cztery instrumenty melodyczne, jest to trochę mocniejsze brzmienie, ale też ciekawe.
Ł.K – Chyba nie łatwo znaleźć tak liczną grupę muzyków będących miłośnikami tego typu jazzu?
E.W – To jest recepta na wytrwałość. Trzeba mieć wytrwałość i wierzyć w to co się robi. Robić to z przekonaniem, że coś z tego będzie. Początkowo wcale nie prezentowaliśmy jakiegoś wysokiego czy wyszukanego poziomu, nie mieliśmy takich ambicji, nie dążyliśmy do laurów konkursowych. Złotą tarkę zdobyliśmy po 27 latach istnienia zespołu. Ten zespół nie istniał po to, żeby zdobywać nagrody na konkursach, ale po to, by dawać nam radość na co dzień. I bawiliśmy się tym.
Ł.K – Nie tylko wyjątkowa jest wasza muzyka, ale także wyjątkowe są wasze stroje. A do tego trzeba dodać bardzo dobrą zabawę z publicznością.
E.W – Te stroje to zabawa, w końcu wszystko jest zabawą, stroje też. A to wyjście do publiczności, cała przyjemność po naszej stronie. Jeśli jest wzajemna akceptacja, czasem nawet sami inspirujemy wzajemną więź, to wówczas ta zabawa zaczyna się robić coraz ciekawsza. W jazzie tak jest, że jeśli z drugiej stronie jest akceptacja, to od razu gra się lepiej. I to jest to wzajemne oddziaływanie. Tę muzykę, tę atmosferę tworzą nie tylko muzycy, ale też i odbiorcy.
Ł.K – Na Waszej stronie internetowej wyczytałem, że na wasza muzykę duży wpływ miał zespół Old Timers.
E.W – Owszem, to jest najbardziej stylowo i precyzyjnie grający zespół dixieland’owy. Nie umniejszając innym zespołom, to ten zespół gra w stylu czysto dixieland’owym. Po prostu było się od kogo uczyć.
Ł.K – W Waszym instrumentarium można było dziś dojrzeć suzafon…
E.W – No to jest ta największa tuba. Jest to piękny instrument, ładnie wyglądający i pięknie brzmi. Ma też tę zaletę, że można się z nim przemieszczać. Z kontrabasem jest dużo trudniej. Mamy więc opcje mobilną zespołu i to często wykorzystujemy. Czasami warunki pozwalają na to, by się przejść między ludźmi, albo musimy zagrać na statku czy na ulicy, gdzie nie ma zastosowania kontrabas czy perkusja. Czasami jesteśmy też zapraszani specjalnie by zagrać w ruchu w terenie.
Ł.K – A jakie jest najbardziej egzotyczne miejsce w którym graliście? Wyjątkowe, niecodzienne…
E.W – Różne takie miejsca były. Zagraliśmy np. na pogrzebie na Powązkach. Zagraliśmy suitę pogrzebową na pogrzebie artysty. Grywaliśmy na statkach, bo to jest typowe dla muzyki nowoorleńśkiej. Z całą przyjemnością nawiązujemy do tej tradycji zawsze jak jest ku temu okazja.
Ł.K – Ale chyba wyjątkowe było też granie w Paryżu na Euro Jazz w 2006 roku, reprezentowaliście tam polski jazz tradycyjny.
E.W – Tak, to było duże wyróżnienie dla nas, cieszymy się, że ktoś nas zauważył. Wydaje mi się, że w tej konfrontacji z jazzem europejskim zaprezentowaliśmy się nieźle. Dobrze że się coś takiego wydarzyło, bo mamy to zapisane w naszej historii i z dumą do tego wracamy.
Ł.K – Tych nagród macie zresztą całkiem sporo na sowim koncie. Jest też wśród nich nagroda od władz Tarnowa za promocje miasta.
E.W – Wśród swoich nie zawsze jest łatwo znaleźć uznanie, tym bardziej nas ta nagroda cieszy. Przyznam, że bardzo dobrze współpracuje nam się z wydziałem kultury UM Tarnowa. Organizujemy wspólnie festiwal jazzu tradycyjnego Jazzowy Rynek. W tym roku będzie to już czwarta edycja. Trochę z naszej inspiracji powstał tez drugi zespół jazzu tradycyjnego w Tarnowie, a wkrótce może powstanie kolejny. Tarnów staje się ośrodkiem kultywującym ten stary dobry jazz, jednym z niewielu w Polsce.
Ł.K – Jakie ma Pan wrażenia po dzisiejszym koncercie na Rynku Wielkim w Zamościu?
E.W – Było fantastycznie. Fantastyczne miejsce, fantastyczna atmosfera. Zamość jest jazzowym miastem, przecież tu są tradycje, cieszę się ze mogliśmy tu zagrać i zdobyć uznanie publiczności.
„Doświadczenie zetknięcia się z muzyką Trio RGG daje mi wyraźne odczucie, że wiem dlaczego polska muzyka zawsze była tak bardzo ceniona od czasów Fryderyka Chopina”. Tak o muzyce Trio RGG pisze Thomas Gustafsson. Trio RGG powstało w 2001 r. Zadebiutowało w roku 2002 podczas 5. edycji festiwalu Bielska Zadymka Jazzowa, gdzie jako wówczas Raminiak – Garbowski – Gradziuk Trio jednogłośnie zdobyło główną nagrodę. Do kolejnych sukcesów RGG można również zaliczyć udział w XXVII Międzynarodowym Festiwalu Jazzowym w Getxo (Hiszpania), gdzie Trio zajęło II miejsce oraz otrzymało Nagrodę Publiczności. Niedawno ukazała się piąta płyta w dorobku RGG, nagrana z okazji dziesięciolecia, otwierająca nowy rozdział w jego twórczości. Możemy na niej usłyszeć własne kompozycje w zupełnie nowym ujęciu. Trio RGG to: Przemysław Raminiak – fortepian, Maciej Garbowski – kontrabas, Krzysztof Gradziuk – perkusja.
Łukasz Kot – Jubilaci Trio RGG. Widać tą ogromna pracę i chyba też oddanie dla Zamościa. Są na każdej imprezie jazzowej często także jako sekcja akompaniująca.
Jan ,,Ptaszyn” Wróblewski – Zespół który zaistniał, umocnił swoją pozycję na naszej scenie. Pamiętam ich nieomal od samego początku od pierwszego konkursu na Bielskiej Zadymce Jazzowej. Bodaj dziesięć lat temu gdzie pokazali od razu z miejsca co z tego wyrośnie. I chwała Panu co się rzadko zdarza, że ten zespół utrzymał się w tym samym składzie do dzisiejszego dnia. To piekielnie procentuje. To są postępy kolosalne. To jest nieuniknione jeżeli mamy trzech takich szaleńców. Każdy z nich ma jakąś pasję grania na swój sposób i mimo tego tak dobrze poczuli się razem. To nie tylko każdy z osobna ale jest to bardzo ciekawa formacja jako zespół który ma odrębny klimacik, odrębny styl i oby tych następnych dziesięć lat grali co najmniej.
Ł.K – Wiem, że są rozchwytywani przez innych muzyków i wiem, że jest zapotrzebowanie na ich profesjonalizm muzyczny.
JPW – To jest sytuacja normalna. W całym jazzowym środowisku zespół akurat może nie zejść się w komplecie i wtedy szuka się najlepszych. Ja zresztą sam korzystam może mniej z Przemka ale bardzo często z Krzysia Gradziuka zawsze z największą przyjemnością. Z Maćka Garbowskiego też i zawsze byłem zadowolony z tej współpracy.
Ł.K – Jakimi są ludźmi.
JPW – Na tyle zżyci to nie jesteśmy po za Krzysiem Gradziukiem z którym mamy wyjątkowo częste kontakty. Fantastyczny facet, doskonały kolega. Do rany przyłóż. Pracowity w dodatku. Ma tą piekielną pasję do muzyki. Wiem, że Krzysio Gradziuk jest z stąd, chodził tu do szkoły muzycznej. W klubie podejmował pierwsze nieśmiałe próby. Rzadko się zdarzało żeby ośmielił się wyjść na jam session. Dopiero kiedy zeszli się w trójkę nagle to popłynęło strasznie do przodu. Po prostu dopasowali się w jakiś idealny sposób.
Ł.K – Czy już dorównują jednemu z najsłynniejszych jazzmenów z naszego terenu czyli Mieczysławowi Koszowi.
JPW – Oni już od dawna mu dorównują ale trzeba wziąć pod uwagę, że czasy się zmieniają i wymagania są coraz wyższe. Wiec trudno jest aktualnych muzyków porównywać z tymi starszymi. Na pewno tak. Miałem przyjemność pracować z Koszem i z całym RGG i jednak porównać się tego nie da chociażby z tego powodu, że ja sam kiedyś grałem pięćdziesiąt razy gorzej niż mnóstwo dzisiejszych współczesnych saksofonistów. Dla mnie największym osiągnięciem tego zespołu jest to że oni mają ten swój własny odrębny klimacik, że można ich od razu odróżnić a niezależnie od tego są na tyle uniwersalni, że sprawdzają się w innych odrębnych projektach gdzie grają zupełnie inną muzykę. Oni do pewnego czasu pełnią rolę nadwornej sekcji muzycznej przy wszystkich konkursach wokalistów jazzowych i dobrze że tak jest. To staje się tradycją. Jeśli Zamość i cała trójka jakoś się dopasowali to tylko należy się cieszyć.
Ł.K – Czego możemy im życzyć na kolejne lata.
JPW – Żeby robiąc wszystko co im do głowy przyjdzie nie zapominali grać ze sobą w dalszym ciągu.
Sponsorami Festiwalu Jazz na Kresach jest Urząd Marszałkowski Województwa Lubelskiego i Urząd Miasta Zamość. Patronat medialny sprawują: Roztoczeonline, Audycja ,,Tylko Jazz” w Katolickim Radio Zamość i Zamosconline. Patronat honorowy nad festiwalem objął Marcin Zamoyski prezydent miasta Zamość.
tekst: Łukasz Kot
38 MSWJ – FINAŁ
Wrzesień 4, 201138 MSWJ kilka zdjęć
Wrzesień 3, 2011Leszek Żądło European Art Ensamble – więcej o nich.
Sierpień 31, 2011
Leszek Żądło – saksofonista, flecista i kompozytor jazzowy polskiego pochodzenia, zamieszkały na stałe w Niemczech.
Studiował kierunki muzyczne w Krakowie, Wiedniu i Grazu, obecnie wykłada na uczelniach muzycznych w Würzburgu i Monachium. Pierwszy zespół, Leszek Żądło Ensemble, założył w 1972 roku, a w 1983 r., już w Niemczech, pod jego kierunkiem rozpoczął działalność Polish Jazz Ensemble.
Muzyczny dorobek Leszka Żądło to ponad 80 płyt, w których nagraniu uczestniczył, nagrania radiowe i telewizyjne, liczne koncerty, także charytatywne (m.in. w celu organizowania pomocy dla Polaków podczas trwania stanu wojennego), organizacja warsztatów dla młodych muzyków w Niemczech i w Polsce. Leszek Żądło był trzecim i ostatnim partnerem życiowym znanej polskiej aktorki Barbary Kwiatkowskiej znanej miedzy innymi z filmów Ewa chce spać i Jowita.
Długoletni przewodniczący Stowarzyszenia na Rzecz Porozumienia Niemiecko-Polskiego, promującego inicjatywy społeczno-kulturalne.
Wilhelm Scheer jest cenionym na niemieckim rynku jazzowym saksofonista barytonowym znany jednak głównie jako naukowiec, autor i wydawca książek z dziedziny informatyki.Wieloletni prezes firmy BITKOM.
Wojtek Groborz i Tolek Lisiecki współpracują ze sobą w formacji JBBO i zostali przez Leszka zaproszeni do udziału w tym projekcie muzycznym.
Bartek Staromiejski jest absolwentem Akademii Muzycznej w Katowicach, znanym i cenionym perkusistą młodego pokolenia






